Co roku na Wiosnę marzą mi się podróże. Mam chęć odkrywać, dowiadywać się czegoś nowego i inspirować się. W tym roku na naszą "przed m...

Co roku na Wiosnę marzą mi się podróże. Mam chęć odkrywać, dowiadywać się czegoś nowego i inspirować się. W tym roku na naszą "przed majówkową" wycieczkę wybraliśmy Poznań. W Poznaniu byłam pierwszy raz i bardzo mnie zauroczył. W centrum jest wiele zabytkowych kamieniczek i miejsc gdzie można przysiąść i odpocząć od zgiełku miasta. 



Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od bramy Poznania na Ostrowie Tumskim gdzie "Zaczęła się Polska" i Mieszko I założył swój gród :). Muzeum jest zrobione w interaktywnym stylu i bardzo fajnie uczy naszej historii. Na wyspie znajduje się również warta obejrzenia katedra, oraz znany na całą Polskę mural 3D.



Z Ostrowa Tumskiego przeszliśmy Traktem Królewskim na stare miasto gdzie można spacerować bez końca... Weszliśmy do Zamku Przemysła gdzie jest umiejscowione Muzeum Rzeczy Użytkowych, byliśmy również w Muzeum Powstania Wielkopolskiego. Rynek starego miasta kryje w sobie tak wiele niezwykłych miejsc, że żałowaliśmy, że na zwiedzanie całego Poznania mieliśmy zaledwie trzy dni.


 
Na koniec nie mogło zabraknąć "Trykających się" koziołków :)
Fot. Michał Ł. i ja

Pamiętam jak na studiach (było to już jakiś czas temu) pół mojej szafy było z lumpeksu. Studiowałam dziennie, nie zarabiałam, a między zajęc...

Pamiętam jak na studiach (było to już jakiś czas temu) pół mojej szafy było z lumpeksu. Studiowałam dziennie, nie zarabiałam, a między zajęciami miałam trochę czasu do zagospodarowania. Był to piękny okres kiedy człowiek był bardziej kreatywny i poszukiwał nietuzinkowych rzeczy by móc się nimi pochwalić na blogu. Czasami blogerki wyglądały bardziej na przebrane niż ubrane, a "stylówki" bywały naprawdę dziwne, jednak zabawa przy ich kompletowaniu i niewielki nakład finansowy rekompensowały wszystko :)


Po przyjeździe do Warszawy obraziłam się trochę na tego rodzaju przybytki. Miałam wrażenie, że w stolicy jest drogo, rzeczy są przebrane, a byle basic z H&Mu jest w rzeczach wycenionych jakby była to marka luksusowa. Bardzo rzadko udawało mi się znaleźć coś godnego uwagi i tak przez trzy lata  bywałam w ciucholandach sporadycznie, najczęściej było to szybkie wyjście.

Wszystko zmieniło się dwa miesiące temu, gdy postanowiłam codziennie zapewnić sobie choć małą dawkę ruchu i wyszłam na pierwszy, dłuższy spacer po Bielanach... Tak trafiłam do jednego z lumpeksów, który szybko okazał się moim ulubionym :)

Na nowo odzyskałam wiarę w ciucholandy, że jest to skarbnica rzeczy wyjątkowych i dlatego chciałam się dzisiaj Wam pochwalić swoimi zakupami.

Zaczęło się od katany jeansowej...od 5 lat szukałam idealnej kurtki, ale ciągle coś mi w tych sieciówkowych nie pasowało. Idealną znalazłam w pierwszym napotkanym na Bielanach ciucholandzie w dziale rzeczy wycenionych.
H&M (dziecięca) - 35,00 zł (cena sklepowa 129,00 zł)

W tym samym second handzie znalazłam również świetnej jakości miętową spódnicę.
COS - 15,00 zł (cena sklepowa 250,00 zł)

Kiedyś bardzo podobała mi się ta koronkowa bluzka, tylko cena była dla mnie zaporowa... Na szczęście udało mi się ją znaleźć na Sadach Żoliborskich :)
ASOS - 7,50 zł (cena sklepowa 100,00 zł)

Hitem okazała się ta sukienka, która na mnie czekała do dnia przecen. Jej pierwotna cena była 30,00 zł, wydawała mi się w tedy za droga, wiec kupiłam ją dzień przed dostawą za pół ceny.

CHIARA FORTHI - 15,00 zł (cena sklepowa 189,00 zł)

Jednym z moich ostatnich "łupów" jest ta sukienka, w której się po prostu zakochałam.
Dorothy Perkins - 7,00 zł (cena sklepowa 129,00zł)

Podczas moich wszystkich łowów kupiłam też kilka basiców za grosze, ale myślę, że to żadna sztuka kupować tego typu rzeczy po 1-5 zł, dlatego wolałam się tu skupić na rzeczach na prawdę wyjątkowych tzw. perełkach :)

Dajcie znać, czy chodzicie po second handach i jakie są Wasze najlepsze znaleziska!

Któż z nas nie podziwia znanych blogerów, vlogerów, freelancerów, którzy zarabiają na tym co lubią robić i jak się wydaje nie przemęczają s...

Któż z nas nie podziwia znanych blogerów, vlogerów, freelancerów, którzy zarabiają na tym co lubią robić i jak się wydaje nie przemęczają się przy tym. Jak to wygląda gdy już prowadzimy swoją firmę i działamy z domu? Zupełnie inaczej niż się wydaje!


Prowadzę własną firmę od pół roku i muszę powiedzieć, że z jednej strony jestem bardzo zadowolona ze swojej decyzji. Mam wreszcie więcej czasu na rozwój osobisty, nie tracę czasu na dojazdy, jeśli chcę wyjść gdzieś w ciągu dnia nie muszę nikomu tego zgłaszać. Jestem sama sobie szefem - brzmi to super! Jednak istnieje druga strona medalu, a mianowicie codziennie wykonuję dużo większą pracę niż w agencji reklamowej w której pracowałam. Nie mogę spocząć na laurach i czekać, aż klienci sami do mnie przyjdą. Muszę cały czas tworzyć interesujące portfolio, aby wyróżnić się na rynku przepełnionym grafikami. Szukam coraz to nowych rozwiązań, dokształcam się, jestem ciekawa świata i twórczości innych. Tak właśnie działa większość twórców internetowych, to co się wydaje łatwe i przyjemne bo przecież jest waszą pasją często wiążę się z ogromną pracą jaką trzeba wykonać, aby osiągnąć końcowy efekt.

Czasami przychodzą chwile zwątpienia, czy nie byłoby mi lepiej na etacie kiedy zajmuję się jednym zadaniem, a 10-tego dnia miesiąca mam zapewnioną pensje. Jednak jeśli przypomnę sobie jak bardzo moja twórczość była ograniczona w tamtym czasie, szybko dostaję nowej motywacji do rozwinięcia swojej firmy.

Własny biznes na pewno nie jest dla wszystkich, trzeba być bardzo zdeterminowanym, żeby pracować z domu i nie dać się rozproszyć domowym obowiązkom. Bywa też, że wasza stabilność finansowa jest zagrożona, ponieważ klient nie zapłacił faktury... Bywają miesiące gdy nie wiadomo "w co ręce włożyć", ale bywają też takie kiedy nie mamy żadnego klienta. Musimy też być pewni swoich działań, aby przekonać do siebie ludzi.

 
Jeśli jednak cały czas macie z tyłu głowy myśl o pracy na własny rachunek polecam super książkę, która otwiera oczy na to z czym wiąże się taka decyzja - "Kierunek: Freelance, sukces na własnych zasadach" Ewy Brzozowskiej. Mnie osobiście ta pozycja przekonała, że to co chcę robić może się udać! Ale nie myślcie, że jest to książką opisująca własny biznes w superlatywach, znajdziecie tam praktycznie wszystkie niuanse związane z prowadzeniem firmy z domu, zarówno dobre jak i złe strony.

Wracając do meritum, to na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że życie z pasji się opłaca, ale tylko w tedy kiedy wierzymy w to co robimy oraz gdy jesteśmy pracowici i przedsiębiorczy. W 98% na sukces trzeba sobie zapracować, choć czasami przyda się łut szczęścia :)


Przyszedł ten dzień kiedy postanowiłam założyć swój sklep z autorskimi plakatami. Długo się do tego zabierałam ze względu na przyświadczeni...

Przyszedł ten dzień kiedy postanowiłam założyć swój sklep z autorskimi plakatami. Długo się do tego zabierałam ze względu na przyświadczenie, że moje ilustracje nie są wystarczająco dobre. Jednak coraz większy odzew ludzi, że to co robię jest fajne sprawił, że postanowiłam zaryzykować. W tej chwili w sklepie znajduje się 5 wzorów i z każdym tygodniem będzie przybywać jeden nowy. Plakaty drukuję w sprawdzonej drukarki więc jakoś wykonania jest na wysokim poziomie. Myślę też nad wprowadzeniu plakatów, króre bedzie można sobie samemu wydrukować. Może ktoś się skusi? https://www.etsy.com/pl/shop/EngraphicStudio?ref=seller-platform-mcnav  

Witajcie z powrotem! Nie było mnie tu już bardzo długo, jednak przez cały ten czas nie próżnowałam. Moje życie przez ostatnie pół roku wywró...

Witajcie z powrotem! Nie było mnie tu już bardzo długo, jednak przez cały ten czas nie próżnowałam. Moje życie przez ostatnie pół roku wywróciło się do góry nogami przynajmniej 3 razy. Dziś mogę się wreszcie spokojnie pochwalić co było tego przyczyną... Założyłam własną firmę!


Jak to się stało? Myśli o własnym biznesie miałam już od dawna, jednak czasami po prostu musimy dostać znak od losu, że warto zaryzykować. W miedzy czasie przekonałam się jak bardzo życie w Warszawie mnie męczy, jak nie umiem się dostosować i nie zgadzam się na panujące tutaj standardy poświęcania się pracy. A gdzie czas na miłość? Czas dla rodziny? Czas na własne pasje i przyjemności? Czara goryczy przelała się gdy kolejny dzień z rzędu spędzałam wieczór w pracy (niepłatne nadgodziny) bo klient przysłał późno poprawki... Na drugi dzień okazało się, że do poprawek przyszły poprawki i cała moja praca była po nic. Dziś mam własną agencję reklamową i to ja decyduję czy spędzę wieczór nad projektem czy nie, czy mi się to opłaca czy nie. wszystko jest kwestią dogadania się z klientem. Oczywiście własna firma to nie sama sielanka, raz jest lepiej, raz gorzej, jest więcej obowiązków i niepewność czy w przyszłym miesiącu będę mieć na rachunki. Jednak bycie swoim własnym szefem rekompensuje mi wszystko! Wierzę, że jeśli w swoją pasję wkładamy całe serce to osiągniemy sukces :)
www.edytaniedzielska.com
 

Mam wrażenie, że zima była dla mnie czasem hibernacji, nie pamiętam za wiele z tamtego okresu. Wszystko zmieniło się na jesieni, straciła...



Mam wrażenie, że zima była dla mnie czasem hibernacji, nie pamiętam za wiele z tamtego okresu. Wszystko zmieniło się na jesieni, straciłam jakąś cząstkę siebie i miałam ochotę zapaść się pod ziemię, nie musieć już nic... Jednak gdy przyszła wiosna coś drgnęło, już w marcu coś dało mi znać, że czas wziąć się za siebie. Zmieniłam mieszkanie, kupiłam hulajnogę (jeszcze dwa dni przed kupnem śmiałam się z osoby która mi ją zaproponowała!), odkurzyłam aparat, zaczęłam planować i po prostu cieszyć się każdym dniem.
W pierwszy weekend kwietnia pojechaliśmy do Żelazowej Woli (wstyd się przyznać, ale nigdy nie byłam). Było tak ciepło i pięknie w tamtejszym parku, że nie chciało mi się wracać do Warszawy.
Baterie naładowałam jak nigdy...


Fot. Michał Ł i Ja

Wiem, pewnie znajdą się osoby które kawy nie piją, nie lubią smaku, zapachu i ogólnie jest to dla nich napój szatana... Ja jednak bez dobrej...


Wiem, pewnie znajdą się osoby które kawy nie piją, nie lubią smaku, zapachu i ogólnie jest to dla nich napój szatana... Ja jednak bez dobrej kawy nie wyobrażam sobie dnia! I tym o to postem chciałabym wrócić... A raczej zacząć nowy rozdział o sztuce, designie oraz fotografii. Ale zacznijmy od kawiarki...
Kiedy więc moja ukochana kawiarka dokończyła swojego żywota przez moje poranne, poniedziałkowe zaspanie musiałam poszukać alternatywy... Niestety to małe ustrojstwo tak ma, że jak już przyzwyczaimy się do kawy z niego, to trzeba później kupić kolejne :) Takim więc sposobem trafiło w moje ręce to cudo od firmy Bialetti :) Kawiarka oprócz tego, że wygląda stylowo to jeszcze parzy bardzo dobrą kawę (nie czuć żadnego metalicznego smaku!). Jak na grafika przystało jestem wzrokowcem i po prostu z ładnych rzeczy lepiej mi smakuje :)
Dzięki temu małemu przedmiotowi przyszedł mi do głowy pewien pomysł na pisanie o rzeczach nie tylko ładnie wyglądających na instagramie ale też niezwykle funkcjonalnych, takich które na co dzień nie kurzą się na półce.

P.S. Witajcie z powrotem...